|
Nadchodzi zima W moich rozmowach z różnymi firmami oferującymi mojej firmie rozmaite dobra, pojawienie się słowa prestiż sprawia, że natychmiast dziękuję za ofertę i proszę o usuniecie nas z bazy. Nic mnie tak nie wnerwia jak argument, że jak coś tam kupimy to nam podniesie prestiż. Zwłaszcza jak jest to wykładzina albo wycieraczki albo nowy rewolucyjny system bilbordów. Właśnie niedawno miałam zaproszenie do eleganckiego warszawskiego hotelu na premierę, tak, na premierę, nowego typu systemu wystawienniczego. Bosz… Raz, że odwoływanie się do snobizmu mojego albo moich szefów to strzał kulą w płot, dwa, owszem, odwoływanie się do snobizmu innych ludzi wiele rzeczy pozwala sprzedać, i to po cenach grubo wygórowanych, ale wycieraczki… To już lepiej zostać przy tradycyjnej gołej babie. Goła baba sprzeda wszystko. To mówiłam ja ciocia ida27, która nigdy w życiu nic nie sprzedała ale z zachowań konsumenckich miałam „5”;-) Oprócz tego… K, której zainteresowania czytelnicze od dwudziestu lat na jotę nie drgnęły, dala mi „Pieśń ognia i lodu”. Najpierw prychnęłam pogardliwie i rzuciłam w kąt. Ja, za to, od dwudziestu lat już takich książek nie czytam bo wszystko co dobre przeczytałam (tak jestem snobką literacką, jak kto woli może mnie nazywać literatką, nie obrażę się). A potem miałam jakiś wewnętrzny rzyg jak sobie pomyślałam o kolejnym szwedzkim kryminale albo jakiejś postmodernistycznej powieści moralnego niepokoju więc sięgnęłam. I z każdą chwilą moje źrenice się rozszerzały a ręce trzęsły się coraz bardziej jak skąpcowi nad złotem. A potem było już tylko „aaa….” i dopadł mnie matrix tzn.: posiłków dla rodziny nie było, nocki zawalone, dziecko miało pozwolone na wszystko łącznie z wytaplaniem się w kremie bo mamusia cały weekend siedziała z nosem w książce i nie zauważyła. Mąż próbował reagować ale w końcu machnął ręką, zakasał ręce i sam sobie zrobił obiad. Spytał tylko czy chociaż fajny ten Eddard Stark, skoro go tak namiętnie z nim zdradzam. Czy fajny? Co ja wam będę mówiła, sami sobie poczytajcie;-) P.S. Ja nie wiem ale mój głupi Word zaznacza mi słowo „lodu” jako wyraz uważany za wulgarny???!!!! 2012-01-23 09:45:42 skomentuj (6) Niemalowana deska Po raz kolejny usiadł mi na piersi spasiony troll i nie daje powietrza złapać. Pójdę jutro znów na jogę może go przepłoszę, chociaż czasami mam tak, że nijak nie mogę oddychać. Może to ciśnienie, może zbyt tłusty schabowy ale ni kuta, nie mogę porządnie zassać powietrza i wtedy cała ta joga psu na budę. Dzisiaj powód jest akurat jasny. Mój brat się rozwodzi. Nie mam na to wpływu ale… Troll mnie dusi. Naszła mnie tylko taka refleksja, że wśród tych wszystkich błędów jakie popełniłam w życiu, tych wszystkich złych decyzji jakie podjęłam (np. te dotyczące mojej pracy, wszystkie bez wyjątku były złe i wiodące do nikąd), przegapionych szans, projektów zaczętych i odłożonych ad acta, ta jedna rzecz wyszła mi w 100 procentach. Moje małżeństwo. Póki co. A teraz wszyscy wespół w zespół idziemy szukać niemalowanej deski co by odpukać ;-))) 2012-01-16 11:41:29 skomentuj (6) Próba wychowania Przyznam się, że dzisiaj tak trochę ostrożnie i z obawą zajrzałam do swojej poczty. Przyczyna? Niestety, nie żebym spodziewałam się gorącego e-maila od napalonego gacha, co to to nie. Negatywa wystawiłam na allegro. Pierwszego w swojej prawie dziesięcioletniej karierze. Nie jest tajemnicą, że jak się wystawia negatywa to zaraz dostaje się jakąś ciętą i nieprzyjemną ripostę. Eskalacja agresji łącznie czasami z inwektywami. Poczytuje sobie do poduszki takie negatywy czasami to wiem. Ubaw po pachy. Gorzej jak się samemu musi wejść w taką poetykę. Przy pisaniu wiłam się jak piskorz jak tu dokopać ale tak, żeby nie dokopać i mi nie odkopnęli. W końcu mąż mnie usadził: „Weź się uspokój. Sprzedali Ci sztuczną szmatę zamiast bawełnianej pościeli. I zamiast przeprosić to coś pieprzą, że cena niska i nie ma się co szpaków w cieście spodziewać! Złodzieje i tyle.” No to się ograniczyłam do „Towar niezgodny z opisem” i już. Poszłooo… Póki co nie ma żadnego odzewu ale jeszcze wszystko przed nami, hehehe… Weekend był w ogóle pełen ostrych zagrywek, rozliczeń i bolesnych posunięć. Przyznaję, że wpływ na to miała moja grypa, po której został mi potworny kaszel i poczucie, że ktoś wbił mi w głowę wielkiego hufnala nad prawym okiem. Pacjent przeżył ale zmienił mu się charakter. Na wredniejszy (historia prawdziwa, poczytać se możecie tu). Grypa Marty także dołożyła swoje, bo raz, że młoda była marudna, dwa musiałam zostać w domu a w pracy tego dnia był trochę kocioł. Tak więc z jednej strony wyjące dziecko, z drugiej ktoś ciągnie tego hufnala a z trzeciej ja odbieram telefon za telefonem z roboty bo przecież niby jestem tylko szparką sekretarką co się wszyscy nabijają ale jak mnie nie ma to panika i nikt nic nie może znaleźć. Jednym z owych bolesnych posunięć była próba wychowania dziecka. Uściślijmy: rozwydrzonego bachora a nie dziecka. Próba ta zakończyła się sukcesem częściowym. Po prostu spakowałam do czarnego wora wszystkie zabawki i pluszaki. Zostawiłam małej flądrze jedną układankę z Kubusiem Puchatkiem i jedną przytulankę Myszkę Miki. Reszta poszła do garażu. Koniec. Moje dziecko ma za dużo zabawek. Ciągle do domu przybywają jakieś nowe misie, na które naciągnęła babcię. Bawi się tym wszystkim może ze trzy minuty a potem leżą biedaki porozrzucane po całym domu i tylko koty na nich śpią. Albo sikają. Zależy od poziomu skonfliktowania kota z moim mężem. O dziwo ryczała tylko jakieś dziesięć minut. Potem rzeczywiście zajęła się tą układanką i bawiła cały dzień. Sukces był częściowy bo zostało jeszcze malutkie ogrodowe krzesełko, na którym wierci się jedząc z nami obiad. To jej wiercenie zawsze przysparza mi siwych włosów bo mam wizję, że krzesełko się wywraca a ona ląduje głową na ostrych kantach kominka. No i wczoraj właściwie tak było. Krzesełko przy akompaniamencie rozdzierających ryków dołączyło do wora z zabawkami. Dzisiaj rano wynegocjowała powrót kolejnej układanki, tym razem Hello Kitty. Nie wiem czy Marta stanie się grzeczniejsza albo bardziej zacznie szanować swoje zabawki. Liczę, że przynajmniej z garażu wrócą tylko te ukochane i najbardziej pożądane co ograniczy nam burdel o połowę. 2012-01-10 13:40:03 skomentuj (3) Fuck Christmas Najlepszy mąż na świecie, czyli mój, kupił choinkę. Przytachał do domu i wstawił do salonu. Nie pierwszyzna to dla niego ani dla naszego salonu ale… Jak tylko ją oprawił od razu zrozumiałam, że czekają nas problemy. Mieszkanie mamy wysokie na 270 albo 290 cm, nie wiem. Tak czy owak choinka się nie mieściła. Potem rozcięliśmy siatkę zabezpieczającą i zaczęło być jeszcze śmieszniej. Jeden fotel wynieśliśmy od razu. Im bardziej opadały gałązki tym bardziej odsuwaliśmy kanapę, stolik i drugi fotel. W końcu stało się oczywiste, że trzeba też wynieść stolik. Po kolejnych kilku godzinach do stolika i pierwszego fotela dołączył drugi fotel. W salonie została kanapa. I choinka, którą trzeba obchodzić. Został też telewizor ale go nie widać zza choinki. Zabrakło nam bombek i światełek i trzeba było dokupić na cito. No ubraliśmy to cudo, które natychmiast zaczęło się sypać. Mam nadzieje, że przetrwa chociaż Święta. Ale nic to. Marta wstała w niedzielę rano, pociągnęła noskiem i stwierdziła z satysfakcją: „Pachnie!”. Koty też zadowolone. Wypijają wodę ze stojaka gdyż wiadomo, że świeża woda w misce nie jest koszerna. Koszerna jest taka odstana, do której wpadło trochę igliwia.
Kupiłam wszystkie prezenty i kilo śledzia. Resztę olewam bo pracuję do piątku. I nie mam zamiaru mieć żadnego moralniaka z powodu jakiś brudnych okien czy kupionego makowca. 2011-12-20 11:05:22 skomentuj (4) Wszystkie rybki mają szybki ciuralla la... No dobra. Proszę o pomoc. Help, help, help!!! Drogie kurki domowe, czy macie jakieś sprytne i sprawdzone sposoby na
przyrządzanie filetów z ryb kupowanych w tzw. glazurze? Próbowałam różnych sztuczek i zawsze mi z tego wychodzi jakaś rybopodobna breja. Wiem, wiem, najlepiej kupować świeże ryby ale w moim przypadku mało wykonalne. W godzinach kiedy ja udaję się na zakupy takowych już w sklepach w wuwuelu brak. Jako wybitny rybożerca cierpię i usycham z tęsknoty za kawałkiem dorsza, bielutkim morszczukiem, soczystą solą. O pstrągu czy choćby maleńkiej kargulenie już nie wspomnę. Ni ma. Jest mrożona panga. Wszędzie. Na szczęście morszczuk też. 2011-12-07 09:49:21 skomentuj (7) 52 książki w 52 tygodnie
No i tak to wygląda. Moja lista 52. Udało się i został mi w zapasie prawie cały grudzień. Szczerze powiem, że wątpiłam czy się wyrobię. Byłam raczej ciekawa tak naprawdę ile ja czytam. Listę otwiera straszna ramota. Nie wiem dlaczego polska szkoła upiera się żeby dzieci musiały to czytać. Nie powiem, żeby takie lektury zachęcały do czytelnictwa. Potem jest różnie. Druga połowa roku zdecydowanie zdominowana przez szwedzki kryminał. Nie jest to może literatura, którą trzeba się chwalić ale za to bardzo wciągająca. Na koniec perełka znaleziona w wuwuelowskim secondhandzie z ciuchami, a będąca lekturą obowiązkową każdego szanującego się kiurowca. Jednocześnie jest ona wyjściem na postanowienie na rok 2012 – lektury tylko po angielsku gdyż znajomość tego języka niegdyś całkiem całkiem teraz określiłabym jako wielce niezadowalającą. Wracając do listy, niektóre rzeczy fajne (Szczygieł i „Taxi…), co do niektórych uległam reklamie (Głowacki), jeszcze inne bardzo złe np. dziewice. Ale w sumie nie wiem co gorsze, „Dziewice…” czy „Złota młodzież…”. Zadanie wykonane ale nie będę już czytać na akord. Za to na pewno zostanę przy zwyczaju zapisywania w notesie tego co przeczytałam. Moje życie wydaje się być dniem świstaka. Czytam teraz lektury z mijającego roku i przypominam sobie co robiłam, co się ze mną działo kiedy czytałam te książki i nagle wraca do mnie niepewność zimy, depresja wiosny, powolne z niej wychodzenie w lecie, koniec lata i wczesna jesień spędzona na długich rozmowach z Qrą i K, strach przed długimi jesienno-zimowymi wieczorami i takie tam różne inne. I nagle ten rok zyskuje wspomnienia inne i nieco fajniejsze niż szpital. 2011-12-05 15:35:52 skomentuj (3) Wyznania termita No i tak. Zaczęła się najgorsza, dla mnie, pora roku. Pora termita udupionego w kopcu bez dostępu do światła. Wchodzę do pracy jak jeszcze jest ciemno a wychodzę jak już jest ciemno. Humor mam trochę grobowy, trochę wisielczy i żadne tam andrzejki, mikołajki i Święta mi go nie poprawią. Sylwester to już wybitnie nie. Z przyczyn obiektywnych musieliśmy dzisiaj dostarczyć Maruchę do teściów troszkę wcześniej niż zwykle. Niestety, o tej porze roku 10 minut robi różnicę. W sensie, jest zdecydowanie ciemniej. S poleciał do teściowej załatwiać jakąś pilną sprawę a ja próbowałam wyciągnąć z samochodu wszystkie manele niezbędne Marcie do spędzenia dnia z babcią. Od samej Marty począwszy. Moje dziecko stanęło niby karnie na chodniku obok samochodu. Zaspane, z nieodłącznym misiem Frantz’em pod pachą. Niby karnie bo zaraz ziewnęło rozdzierająco raz i drugi a potem potarło piąstką zaspane oczy. Przechodziła mimo nas jakaś babcia z wózeczkiem. Oczywiście nie mogła się powstrzymać i użaliła nad zaspanym maleństwem. Zrzędzącym głosem zaczęła stękać, że takie małe, że musiało już wstać, że „niedobla” mamusia z łóżeczka zerwała. Brakowało mi tylko, żeby coś wspomniała o przedkładaniu kariery nad macierzyństwem i pogoni za konsumpcją. Tak czy owak efekt był taki, że Marta zamrugała zaspanym okiem a potem ryknęła płaczem bo się takich skrzekliwych staruszek boi (moja babcia odpowiednio nastraszyła ją swoją osobą). „Niedobla” mamusia musiała szybko wyłonić się z bagażnika, żeby ratować sytuację. Babcia sama się przestraszyła i oddaliła szybkim, jak na nią, krokiem. Szczerze mówiąc nie mam wyrzutów sumienia, że targam młodą z łóżka o szóstej. Marta ma pracującą mamę jak miliony dzieci na tym świecie. Tak już jest. Miliony dzieci są zrywane o świcie bo mamy muszą je gdzieś dostarczyć. W dobie ogólnego kryzysu takie babcie powinny być zadowolone, że są jakieś mamy co zrywają swoje dzieci o świcie bo znaczy to, że mają pracę, hehehe… Nie ja się nie denerwuję z byle powodu, tylko widzę jak strasznie szybko świat się zmienia, że tyle mitów, przyzwyczajeń, zasad i zwyczajów trzeba po prostu wsadzić do kosza. Oprócz tego chyba dotarłam do takiego momentu w moim życiu oraz w moim zmęczeniu, że naprawdę to jakie wyobrażenie o wychowaniu mają inne osoby, a czasem i całe pokolenia, po prostu mi zwisa. Jedyne czego mi żal to tych jesiennych dni kiedy przekładam papierki i użeram się z dostawcami, zamiast zbierać liście w lesie i wystawiać twarz na blade promienie słońca. I, że tak będzie przez następne trzydzieści lat, hehehe… 2011-11-29 11:44:32 skomentuj (4)
|
księga gości
New Love Joga-Joga coś dla ciała i dla ducha Real Love fan official Hurtownia Barbarella wonderwoman pierwsza case mama Igora rosemary chuda zebra greta fringilla warszawiak bena szop khem change wektor majk zimno tutaj inwektywy: ida27@poczta.onet.pl 2012 styczeń 2011 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty 2010 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2009 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2008 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2007 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2006 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2005 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2004 grudzień listopad październik sierpień |